- Co on robi, na tej głupiej liście?! - wykrzyknął, uderzając pięścią w stół.
- To mój syn, Dan i ma prawo tam być.
- Nie ma, odkąd zniszczył życie mojej córce - warknął, kątem okna spoglądając na zaskoczoną, zarazem jak i zdenerwowaną Abigail.
Dziewczyna nic się nie odezwała, tylko wstała od stołu, nie zasuwając za sobą krzesła. Schowała się na korytarzu, przysłuchując się dalszej rozmowie przyszłych małżonków.
- O czym ty pieprzysz? - zdenerwowana kobieta popatrzyła na niego.
- Słyszałaś, co powiedziała? Gówniara zakochała się we własnym bracie!
- Nie są spokrewnieni - odparła cicho, a blondynka udała się do swojego pokoju.
Wzięła telefon do ręki, spoglądając na nieodebrane połączenia. Cheryl. Niepewna tego, co przyjaciółka mogła od niej chcieć, wybrała jej numer i przyłożyła urządzenie do ucha, wsłuchując się w sygnały, informujące o łączeniu się z drugą osobą.
- Abbie?
- Coś się stało? - zapytała, gryząc swoje paznokcie.
- Louis...on...
- Cher, mów do jasnej cholery! - lekko uniosła głos, nie chcąc jednak zdradzić, z kim rozmawia.
- On wybuchł furią. Jedzie po ciebie.
- Zgłupiał chyba - fuknęła pod nosem.
- Abbie, nie ulegnij mu. Nie pozwól by cię zabrał. On wciąż ma na karku policję - usłyszała głos Harr'ego po drugiej stronie.
Nie usłyszała nic więcej, ponieważ połączenie zostało przerwane. Przełknęła głośno ślinę, słysząc warkot silnika samochodowego. Przerażona zgasiła szybko światło, chowając się za firanką i obserwując, co dzieje się na zewnątrz.
Louis trzasnął drzwiami od pojazdu z ogromną siłą, po czym spowodował zamknięcie się wszystkich zamków, klikając odpowiedni przycisk na autopilocie. Żwawym krokiem ruszył w stronę wrot domu, po czym zadzwonił energicznie i kilka razy dzwonkiem. Usłyszała poirytowane krzyki Dan'a, przez co przymknęła oczy i zamknęła swój pokój na klucz, nie chcąc ulegać swojemu chłopakowi, zgodnie z zaleceniem Styles'a.
Na wszystkie spusty zamknęła się w małej łazience, kuląc się w jednym z kątów pomieszczenia. Oparła głowę o pralkę, przymykając powieki i przysłuchując się ciszy.
Po chwili jednak została ona przerwana hukiem tłuczących się naczyń. Pisk matki dwudziestojednolatka rozległ się po mieszkaniu, po czym odgłos ciężkiego stąpania nasilił się. Skrzypiąca podłoga oznajmiła o obecności jakieś osoby, bądź osób, na piętrze. Przyłożyła dłonie do uszu, chcąc stłumić odgłos awantury.
- Nie ma jej! Wynoś się stąd! - wciąż mocny i donośny głos ojca docierał do jej narządów słuchu.
- Wiem, że, kurwa, tutaj jest! - przerażający ton Louis'a zapewnił ją, że wpadł w stan głębokiej agresji. Zastanawiała się jedynie, co mogło ją spowodować.
- Zadzwonię na policję!
- Dan, uspokój się! Louis! - prośba, wręcz rozkaz matki byłego więźnia, zmusił ich do przerwania wymiany zdań. Ona wypuściła głęboko powietrze z ust, biorąc syna za ramię i ciągnąc go w stronę jego sypialni.
Porozmawiała ze swoim synem o jego napadach złości. Nie spodziewała się, że rozpłacze się w jej ramionach jak ośmiolatek, któremu dokuczano w szkole z powodu jego 'odmienności'. Głaskała go po głowie i plecach, tuląc do swojego ciała i zmuszając się, by samej się nie rozpłakać.
Starła jego łzy, po czym ucałowała spocone czoło. Odgarnęła niesforną grzywkę, wpatrując się w niebieskie oczy swojego dziecka.
- Kocham cie, Louis, mimo wszystkich złych rzeczy, które zrobiłeś. Jesteś moim małym, zagubionym w życiu synkiem - szepnęła, dając upust emocjom.
- Ja też cię kocham, mamo - powiedział, uśmiechając się.
Dawno się tak nie czuł. Zapomniał, co to jest matczyna miłość, kiedy jego rodzicielka nie odwiedzała go podczas najcięższych dwóch lat w jego życiu.
Niedzielny, chłodny dzień. Jay obracała się w lustrze, obserwując swoją suknię, po czym spojrzała na Abbie, która z nikłym uśmiechem odwzajemniła jej radość.
Wewnątrz nastolatka wcale się nie cieszyła. Od samego poranka miała ochotę wszystko zepsuć, wparować na salę, do kościoła i zerwać wszystkie dekoracje, pozbijać butelki z napojami, wyrzucić jedzenie, cokolwiek, byle nie dopuścić do ślubu.
Za kilkadziesiąt minut mieli zająć miejsca w środku zimnego kościoła, obserwując ceremonię ślubną. Panna młoda stanęła za swoją przyszłą pasierbicą, po czym wzięła jej nieuczesane włosy w swoje ręce. Chwyciła szczotkę w dłonie, po czym rozczesała blond, długie pasma włosów. Splotła je w pięknego warkocza, wpinając w nie takiego samego kwiatka, jaki miała w bukiecie oraz dokładnie ten sam, który Louis miał przy marynarce.
Wyjątkowo delikatny makijaż podkreślał łagodne rysy twarzy Abbigail. Ciągnąca się do ziemi suknia, składająca się z czerwonego gorsetu oraz czarnego, lekko prześwitującego dołu, podkreślała jej krągłości. Chude nogi wydawały się być dłuższe, dzięki czarnym szpilkom ze zdobionymi błyskotkami obcasami.
Na ramiona zarzuciła czarną marynarkę oraz płaszcz, dający jej jeszcze więcej ciepła.
Pomogła w założeniu białego kożuszka swojej macosze, po czym chwytając bukiet w dłonie, podała go kobiecie, przy okazji biorąc swoją kopertówkę i udały się do wyjścia.
Zeszyły po schodach, wsiadając do czarnej, przyozdobionej limuzyny i udały się w stronę kościoła, gdzie miała odbyć się godzinna ceremonia.
Ze łzami w oczach obserwowała wymianę obrączkami pary młodej. Nie były to szczęśliwe łzy. Na końcu tej samej ławki siedział jej kochanek, który zaciskał pięści na swoich eleganckich, szarych spodniach. Jabłko Adama znacznie się poruszyło, gdy przełykał ślinę i spojrzał na Abbie, która z rozmazanym tuszem wlepiała w niego stęsknione spojrzenie, po czym opadła na siedzenie, przecierając policzki dłońmi i dyskretnie przeglądając się w małym lusterku.
Marsz weselny rozbrzmiał ponownie, po czym wszyscy kolejno opuszczali święte miejsce. Nastolatka ze spuszczoną głową szła prawie na samym końcu, po czym stanęła z boku i obserwowała się uśmiechającą się parę, która odebrała gratulacje od osób, nie będących na skromnym przyjęciu.
Poczuła bijące ciepło od czyjegoś ciała. Intensywny zapach męskich perfum obezwładnił ją. Odwróciła się, dostrzegając za sobą Louis'a, który jedną rękę położył na dole jej pleców, po czym schylił się nad jej uchem.
- Urwiemy się wcześniej? - zapytał, szepcząc wprost do jej ucha.
Zagryzła dolną wargę, unosząc ramiona, po czym usłyszała jego głośne westchnięcie. Razem z nim udała się do jego Range Rovera, otwierając jej drzwi i zamykając je za Abigail, kiedy zajęła miejsce pasażera. Sam usiał za kierownicą, nie fatygując się o zapięcie pasów i ruszył za którymś z kolei autem, jadącym w stronę restauracji.
Pierwszy taniec należał dla młodej pary. Wszyscy się przyglądali wirującemu małżeństwu, cieszącemu się własnym szczęściem.
Po zakończeniu pierwszej piosenki, cała sala zaczęła dobierać się w pary i tańczyć w rytm szybszej muzyki. Część osób zasiadła z powrotem do stołu, pijąc alkohol bądź udali się na zewnątrz. Abbie należała do drugiej grupki osób. Usiadła na swoim krześle, nalewając sobie do szklanki soku pomarańczowego. Upiła kilka łyków, po czym spojrzała na zegar wiszący na jednej ze ścian.
W pewnej chwili naszła ją ochota na nikotynę. Ubrała ciepły płaszcz, który wisiał w rogu sali, po czym wyszła na zewnątrz, poszukując osoby palącej.
Szarawy dym unosił się zza bramy, więc przeszła niewielki odcinek drogi, obracając się na lewo, gdzie dostrzegła kucającego Louis'a, trzymającego pomiędzy ustami używkę. Lekko się nachyliła, wyciągając spomiędzy jego warg papierosa, po czym sama kilka razy zaciągnęła się trucizną, wydychając dym z organizmu.
- Moja babcia chciałaby cię poznać - powiedział, obserwując jej lekko zaróżowione od mrozu policzki.
Kiwnęła potakująco głową, po czym plecami oparła się o murek, wpatrując się w drzewa. Nagle przed nią pojawiła się muskularna sylwetka jej brata, który ułożył dłonie na obu jej policzkach, ogrzewając je. Głęboko zaciągnęła się styczniowym powietrzem, po czym spojrzała w jego oczy, starając się nie onieśmielać.
- Louis... to nie ma przyszłości - szepnęła, nie tracąc z nim kontaktu wzrokowego.
- O czym ty pieprzysz? - uniósł brwi ku górze, obserwując mimikę jej twarzy.
- Powiedziałem ci, że rozwalę to pierdolone małżeństwo szybciej, niż je zawarli - warknął, odwracając głowę w bok.
Otworzył szeroko oczy, pozwalając by chłodne powietrze buchało w jego oczy, nie pozwalając łzom wypłynąć na policzki. Nie chciał, by widziała, że jest słaby.
Przytuliła się do jego pleców, łkając w nie. On szybko obrócił ją, chcąc ucałować jej spierzchnięte wargi. Kiedy tylko się nachylił, ona przechyliła głowę i zatopiła swoje wargi w jego. Przemarzniętymi dłońmi objęła jego gorący kark, który wręcz parzył opuszki jej palców.
Całowali się bez opamiętania, kierując się w tył. Mocniej ścisnął jej biodra, gdy potknęła się o kamień, wpadając na jego klatkę piersiową.
Cheryl leżała na kanapie, mocniej opatulając się kocem. W tamtej chwili przypominała poczwarkę, która lada moment miała przemienić się w pięknego motyla.
Jej telefon leżał na stoliku. W całym mieszkaniu panowała grobowa cisza, przerywana od czasu do czasu skrzypieniem kanapy. Od kilku godzin nie ruszała się z miejsca, pomijając wyjścia do toalety, czekając na jakiś znak życia ze strony jej partnera.
Przez cały dzień nie tknęła jedzenia, pomijając jedynie jeden kubek gorącej kawy, który pobudził jej organizm z samego rana. Niall kilka razy podsuwał jej pod nos talerz z kanapkami, bądź zupą, lecz ona odmawiała, przecząco kiwając głową.
Dźwięk przekręcanego zamka spowodował, że poderwała się z miejsca, obserwując drzwi. Kiedy płyta uchyliła się, dostrzegła Zayn'a, przez co westchnęła głośno, opadając na poduszkę i znów owijając się kocem.
Zmęczony opadł na fotel, przymykając oczy i odchylając głowę w tył. Na dworze już dawno zapadł zmrok, co jeszcze bardziej martwiło nastolatkę. Wtuliła się mocniej w czerwoną poduszkę, po czym nie spuszczała wzroku ze swojej komórki.
- Nic mu się nie stanie, Cherry - powiedział mulat, nie otwierając swoich oczu.
- Wciąż jestem na was wściekła, że nie pozwoliliście mi jechać - warknęła, zaciskając usta w wąską linię.
- Nie rozumiesz, że Harry nie chciał cię wziąć, bo ten facet mógłby zarządzać ciebie jako nagrodę? - równie groźnym tonem odpowiedział, w końcu patrząc na dziewczynę swojego przyjaciela.
Jej oczy powiększyły się o kilka rozmiarów. Spojrzała na Malika, który obserwował jej przerażoną twarz. Udał się do kuchni, przynosząc dwie szklanki i wodę. Nalał nastolatce, a ona szybko ją wypiła, wciąż zamartwiając się o swojego chłopaka, czy wróci żywy.
- Wiesz... - zaczął, muskając palcami jej nagie ramię - ...powinniśmy chyba wrócić.
- Nie chcę - mruknęła, wtulając się w jego tors.
Zaśmiał się, kiedy mocniej docisnęła swoje piersi do jego boku. Objął jej talię obiema rękami, po czym ułożył jej ciało na swoim. Dziewczyna wykonywała delikatne ruchy biodrami, doprowadzając Louis'a do szaleństwa. Odchylił głowę, mocniej naciągając koc, wyciągnięty z bagażnika, na ich nagie ciała.
Złączyła ich wargi, opierając cały ciężar swojego ciała na rękach. Chłopak otulił jej policzek swoją dłonią, po czym klepnął w pośladek.
Oboje zaczęli ubierać się w ciasnej przestrzeni. Dokuczali sobie wzajemnie, śmiejąc się przy tym. Abbie czuła się w końcu szczęśliwa...
Louis ponownie splótł jej włosy w warkocza, czego Abigail była pod wrażeniem. Podziękowała mu krótkim całusem, pakując się na przednie siedzenie pojazdu.
Kilkanaście minut zajęła im droga powrotna. Zaparkowali pośród innych aut, po czym opuścili samochód, zakładając na siebie zimowe płaszcze i w szybkim tempie wchodząc na salę, lecz by nie wzbudzać podejrzeń, chłopak udał się do toalety.
Odłożyła kopertówkę i marynarkę na swoje krzesło. Kiedy ktoś zastukał ją w ramię, z przerażeniem odwróciła się, lecz jej twarz złagodniała, dostrzegając swojego kuzyna.
- Zatańczysz? - zapytał, wyciągając swoją dłoń.
Uśmiechnęła się, chwytając ją i zaczynając hulać wśród rodziny i znajomych. Po kilku piosenkach zmęczona usiadła przy stoliku, wypijając dwa shoty z kuzynem, zapijając je napojem gazowanym.
Wyszła na zewnątrz, by orzeźwić się po kilkunastu shotach. Usiadła na schodach, zakładając płaskie buty na stopy i zaciągając się rześkim powietrzem. Obserwowała pełnię księżyca, która, jak dla niej, pięknie wyglądała pośród złotych gwiazd oraz czarnego nieba.
Z zamyśleń wyrwał ją huk, tłumiony przez głośną muzykę. Znała ten dźwięk, aż za dobrze. Podniosła się i lekko chwiejnym krokiem, starając nie hałasować, ruszyła w stronę parkingu.
Powoli wychylała się zza iglastych drzew, a dech zaparło jej w piersiach, widząc Louis'a, opierającego się jednym bokiem o samochód i trzymając się za brzuch. Splunął krwią, dając całemu zajściu dramatyczny wygląd.
Zauważyła przerażone spojrzenie Tomlinsona, który teraz był przytrzymywany przez jakiegoś osiłka. Kiedy niepewnie się odwróciła, zauważyła ironiczny uśmieszek na twarzy Liama.
- Witaj, piękna. Dawno się nie widzieliśmy - szepnął, chwytając ją za przedramię i mocno zaciskając na nim swoje palce.


